wtorek, 22 grudnia 2015

Co Franciszka Themerson zobaczyła po drugiej stronie lustra...


Wydanie drugiej części przygód Alicji z ilustracjami Franciszki Themerson zapowiadane było szumnie przez Wydawnictwo Fundacja Festina Lente (na stronie wydawcy można było nawet zobaczyć przepiękną, kilkusekundową multimedialną zapowiedź, której teraz niestety znaleźć nie mogę, dlatego też nie mogę podlinkować) i mocno się opóźniało. Warto było jednak czekać, choć ostateczny bilans przyniósł drogie i ekskluzywne wydanie, przeznaczone głównie dla alicjanofilów i bibliofilów.  Jest to pierwsze polskie wydanie z ilustracjami Themerson. Króciuteńka przedmowa do książki wyjaśnia, dlaczego ilustracje te czekały tak długo. Okazuje się, że autorka przygotowała je już w... 1946 roku! Niezwykła jest logika tych ilustracji: "Franciszka chętnie przyjęła zamówienie na ilustracje Po drugiej stronie lustra i obmyśliła dobór barw, zgodnie z którym Alicja jest Alicją z rysunków Tiennela, czarno-białą, trójwymiarową. Postać Alicji reprezentuje realny, niezmienny świat, nietknięty paradoksem lustra. Postacie po drugiej stronie lustra artystka uczyniła płaskimi i barwnymi. Czerwona Królowa i jej świta są czerwone, postacie zaś z grupy białej - niebieskie". I faktycznie, już na pierwszy rzut oka i już na karcie tytułowej postać Alicji przypomina odwróconą tyłem, zatopioną w rozmowie z kotem z Cheshire, Tennielowską dziewczynkę. Choć ma inne proporcje i inne rysy twarzy, od razu widać celowe podobieństwo. Same zaś ilustracje, zupełnie jakby złożone z dwóch niezależnych od siebie warstw, kapitalnie, genialnie wręcz pokazują tę przepaść między światami po obu stronach lustra... Ale w tych ilustracjach jest jeszcze jeden trop interpretacyjny, tak dyskretnie wymieniony w przedmowie. Franciszka Themerson, która samotnie przeżyła wojnę, tworzyła swoją Alicję z bagażem wojennych traum. "Właśnie wtedy po raz pierwszy przedstawiła wizerunek Alicji. Nie jako wiktoriańskiego dziecka ze wstążkami we włosach, lecz jako młodej, zdezorientowanej dziewczyny (autoportret), obserwującej nienaturalne wydarzenia ją otaczające." Reprodukcja rysunku, o którym mowa, znajduje się w omawianym wydaniu. Zagubiona dziewczynka stoi z ręką na sercu, w geście zdziwienia, czy też rozpaczy raczej; a nią widok czołgów i  czarnego nieba. Podpis "Alice in Wonderland", data: 1942. No właśnie. Oto kolejna odsłona Krainy Czarów; wtopionnej w pozbawioną logiki dziejową szarpaninę... 
Wydanie naprawdę robi wrażenie; estetycznym składem, grą trzech barw, aż chce się czytelnikowi ponownie zatopić w lekturze, a nie tylko przeglądać ilustracje. Przeuroczy są także Tirli Bim i Tirli Bom. Sęk w tym, że te ilustracje chyba nie mają być odbierane jako urocze. One mają przede wszystkim pokazywać przepaść światów - a tym samym poważnie rozszerzać konteksty interpretacyjne samej powieści. 
Największą niespodzianką pozostaje jednak okładka - zapewne wymysł samego wydawnictwa. Otóż owszem, zdarza się, że postać Alicji nie jest wyeksponowana na okładkach na pierwszym planie, w większości przypadków jednak główna bohaterka (lub chociaż jej fragment) na tę okładkę trafia. W tym przypadku poszczęściło się... "drugoplanowym postaciom, które zbierają się pod koniec opowieści na uczcie finałowej". Ot co! Na wyklejkach dwukolorowe, na okładce negatywowe. I z jednej strony to dobrze (wydawca umieścił co prawda ilustrację przedstawiającą przechodzącą przez lustro Alicję na opasce książki), z drugiej... dziwnie jakoś. Gdyby nie wspomniana opaska, to konia z rzędem temu, kto domyśliłby się po tej okładce, co to w ogóle za książka.
Tak czy siak to jednak jedno z piękniejszych, zadziwiająco estetycznie przygotowanych wydań, które warto mieć w alicjowej kolekcji.








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza